Lasy są w Polsce czymś więcej niż krajobrazem. To zapis doświadczeń – rozbiorów, rabunków, odbudowy – i żywy rachunek sumienia: ile bierzemy, ile oddajemy, komu służą nasze drzewa. Gdy Europa porządkuje swoje podejście do lasów przez klimatyczne i bioróżnorodnościowe cele, u nas wciąż zmagają się trzy ambicje: chronić, żywić i łączyć.
Jak wspominałem w publikacji „Lasy w czasach burz – o drzewach, polityce i zdrowym rozsądku” w ostatnich dwóch dekadach lesistość naszego kraju rosła: według danych GUS w 2023 r. wynosiła ok. 29,6–29,7%, a w latach 90. była niższa o ponad punkt procentowy. To efekt powojennych zalesień i programów zwiększania powierzchni leśnej, a celem państwa jest osiągnięcie 33% w połowie stulecia. Równolegle rosła tzw. grubizna – zasobność drzewostanów – co oznacza, że nasze lasy stają się starsze i bogatsze w surowiec. Ten wzrost nie wydarzył się dzięki medialnym kampaniom, lecz dzięki konsekwentnej pracy leśników, którzy – pozostawieni w spokoju – realizowali swoją misję w oparciu o wiedzę i długofalowe planowanie. W krajach sąsiednich trend lesistości był podobny, choć miejscami – jak w Niemczech czy Czechach – zasobność ucierpiała przez gradacje kornika i susze.
Polska wyróżnia się na tle regionu strukturą własności: aż ok. 82% lasów to własność publiczna, z czego ok. 78% pozostaje w zarządzie Lasów Państwowych. W wielu krajach ościennych udział lasów prywatnych jest znacznie większy, co wpływa na sposób zarządzania, konsultacje społeczne i rozkład korzyści ekonomicznych. U nas centralizacja pozwala na spójne standardy, ale też rodzi ostrzejsze spory, gdy cele ochronne i gospodarcze wchodzą w konflikt.
Dostęp społeczeństwa do lasów w Polsce jest szeroki – można w nich swobodnie spacerować, zbierać grzyby czy jagody, z wyjątkiem okresowych wyłączeń związanych z ochroną przyrody lub pracami leśnymi. W Europie zasady są zróżnicowane: od bardzo liberalnego prawa dostępu w krajach nordyckich po wyraźne ograniczenia w prywatnych kompleksach czy parkach narodowych. W tym kontekście warto wspomnieć o Europejskim Zielonym Ładzie – dokumencie, który wielu Polaków postrzega jako zagrożenie dla gospodarki, a który w rzeczywistości niesie także korzyści dla lasów: promuje zrównoważoną gospodarkę leśną, zwiększa finansowanie ochrony bioróżnorodności i adaptacji do zmian klimatu, a także wspiera rozwój badań nad odpornością drzewostanów. Projekt ten był szeroko konsultowany z administracjami wszystkich państw członkowskich UE, jednak polski rząd za czasów PiS i Mateusza Morawieckiego – mimo wielokrotnych zaproszeń – nie włączył się w proces dyskusji i kształtowania zapisów, tracąc szansę na uwzględnienie w nim polskiej specyfiki i interesów.
Ustawa o lasach jasno określa trzy podstawowe funkcje lasu: ekologiczną – ochronę przyrody, gleb i wód; społeczną – służenie ludziom poprzez rekreację, edukację i zdrowie; oraz gospodarczą – dostarczanie surowca i pożytków leśnych w sposób trwały. To trzy napięte struny jednej gitary – jeśli przeciągnąć jedną, pozostałe mogą pęknąć.
W wymiarze gospodarczym sektor leśno-drzewny to nie tylko leśnictwo, ale też przemysł drzewny, papierniczy i meblarski, w którym Polska jest europejskim liderem. Według raportów branżowych odpowiada on za 6,8–8,5% PKB kraju, co oznacza, że generuje od 1/15 do 1/12 całej gospodarki, zapewniając setki tysięcy miejsc pracy. W wielu gminach o wysokiej lesistości nadleśnictwa i firmy z łańcucha drewna są największymi płatnikami podatków i składek – szczególnie tam, gdzie nie ma dużych zakładów pozaleśnych. Podatek leśny to bezpośredni strumień do gmin, a nadleśnictwa funkcjonują jako pełnoprawni podatnicy VAT w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą. Do tego dochodzi infrastruktura: leśne drogi są planowane, utrzymywane i rozbudowywane właśnie po to, by łączyć ochronę, bezpieczeństwo przeciwpożarowe i gospodarkę – a to koszt, który finalnie odciąża lokalną sieć i wspiera interwencje kryzysowe (np. dojazdy służb). W skali kraju współfinansujemy także drogi samorządowe przez Rządowy Fundusz Rozwoju Dróg, gdzie PGL Lasy Państwowe jest jednym ze źródeł finansowania – realny, systemowy wkład w lokalną dostępność i bezpieczeństwo. To nie jest „miła przysługa”, tylko krwiobieg: bez dróg nie ma ochrony i gospodarki, bez gospodarki nie ma dochodów gmin, a bez gmin nie ma ludzi, którzy te lasy utrzymują.
Tymczasem ministerstwo zapowiedziało szeroką weryfikację ponad 1200 potencjalnych terenów rezerwatowych do 2027 r., z praktycznym wstrzymaniem cięć do czasu rozstrzygnięć – z wyjątkami dla młodszych drzewostanów i bez wycinania drzew powyżej 120 lat,co moim zdaniem jest wbrew logice o czym pisałem w publikacji „Kto naprawdę odpowiada za las – i kto powinien?” Równolegle projekt zmian ustawowych zakłada nowy mechanizm wpłat PGL LP do NFOŚiGW (6–30 zł/m³ pozyskanego drewna, łącznie szacunkowo 210–255 mln zł rocznie) na finansowanie działań ochronnych i planów ochrony dla PN, rezerwatów i Natury 2000. W 2024–2025 przybywa też samych rezerwatów i wraca idea nowego parku narodowego (Dolina Dolnej Odry), z obietnicą inwestycji prospołecznych i retencyjnych.
I tu stawiam pytanie wprost: czy planując wyłączenia z pozyskania na taką skalę – często w regionach najbardziej zależnych od drewna – policzono koszty społeczne i gospodarcze? Upadek części firm, wzrost bezrobocia, ubytek dochodów gmin i utrudnienie realizacji funkcji produkcyjnej lasu to realne ryzyko. Czy przewidziano osłony dla lokalnych społeczności, rekompensaty dla gmin, pakiety transformacyjne dla przedsiębiorstw? Czy podjęto działania wyprzedzające, by decyzjami ochronnymi przynajmniej nie pogorszyć jakości życia tysięcy ludzi w najbiedniejszych gminach kraju?
To nie spór „za ochroną / przeciw ochronie”. To pytanie o styl państwa: czy potrafimy chronić mądrze – mierząc skutki, rozkładając koszty sprawiedliwie i zostawiając ludziom sensowną przyszłość? Polski model leśnictwa – scentralizowany, publiczny, z szerokim dostępem społecznym – jest unikalny. Daje narzędzia, ale i odpowiedzialność. Jeżeli mamy sprostać równocześnie trzem funkcjom lasu, potrzebujemy uczciwych bilansów i kontraktów społecznych na poziomie gmin. Inaczej nawet najlepsze intencje rozbiją się o codzienność: zamkniętą bramę tartaku, pusty budżet gminy i drogę, której nie ma za co odśnieżyć.



