Coraz częściej o tym, co wolno w lesie, a czego nie, próbują decydować organizacje ekologiczne. Wskazują, gdzie leśnicy mogą wejść z piłą, a gdzie powinni patrzeć z daleka, jak natura „radzi sobie sama”. Problem w tym, że w większości przypadków w tych organizacjach próżno szukać osób z wykształceniem leśnym. Ich postulaty często wynikają z własnych, krótkowzrocznych potrzeb – medialnych, wizerunkowych czy ideologicznych – a nie z wiedzy o tym, jak funkcjonuje ekosystem leśny w długiej perspektywie.
Co więcej, wiele z tych postulatów stoi w sprzeczności z tym, co obserwujemy w dobie antropocenu. Zasięgi gatunków drzew zmieniają się dziś w tempie, które jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się nierealne – około 20–25 metrów rocznie. Obecnie przyjmuje się, że przesuwają się nawet o 50 metrów rocznie. To oznacza, że gatunki, które dziś rosną w danym miejscu, za kilkadziesiąt lat mogą być tam już tylko wspomnieniem. W takim kontekście forsowanie biernej ochrony i blokowanie działań adaptacyjnych jest działaniem wbrew logice i wbrew mechanizmom, jakie natura sama stosuje, by przetrwać.
Warto też spojrzeć na rezerwaty przyrody. W Polsce jest ich ponad 1500, a wiele z nich powstało z jasno określonym celem ochrony – konkretnego gatunku, siedliska czy zjawiska przyrodniczego. Problem w tym, że w ponad 50% tych rezerwatów pierwotny cel ochrony dawno zamarł. Gatunki, dla których tworzono rezerwaty, zniknęły lub ustąpiły miejsca innym, a siedliska zmieniły swój charakter. Przyroda nie stoi w miejscu – a ochrona, która udaje, że stoi, staje się fikcją.
Organizacje ekologiczne lubią powtarzać, że „zdecydowana większość społeczeństwa” chce zakazu polowań, wstrzymania wycinek, objęcia ochroną kolejnych obszarów. Tylko czy ktoś kiedykolwiek sprawdził, ilu członków mają te NGO, które najgłośniej krzyczą i najwięcej wymuszają? Jestem niemal pewien, że nie reprezentują „zdecydowanej większości społeczeństwa”, a raczej wąską grupę osób o bardzo konkretnych poglądach lub interesach.
Tymczasem historia mówi sama za siebie. W latach 50. XX wieku lesistość Polski wynosiła 20,8%, a zasoby grubizny – około 900 mln m³. Dziś mamy niemal 30% powierzchni kraju pokrytej lasami i ponad 2,6 mld m³ grubizny. Ten wzrost nie wydarzył się dzięki kampaniom w mediach społecznościowych, lecz dzięki pracy leśników, którzy – pozostawieni w spokoju – realizowali swoją misję konsekwentnie i w oparciu o wiedzę.
Zgodnie z ustawą to Nadleśniczy odpowiada prawnie za stan powierzonego mu lasu. To on podpisuje się pod każdą decyzją, to on ponosi konsekwencje ewentualnych błędów. Nic dziwnego, że jego działania bywają ostrożne, czasem nawet konserwatywne – bo w gospodarce leśnej skutki decyzji widać nie dziś czy jutro, ale za dziesiątki lat.
Obawiam się jednak, że w obecnej sytuacji politycznej głos organizacji ekologicznych będzie coraz bardziej słyszalny, a ich postulaty – realizowane. Realizowane anonimowo, bez odpowiedzialności za konsekwencje. A te konsekwencje mogą być widoczne dopiero wtedy, gdy będzie już za późno, by je odwrócić.
Może więc warto byłoby wprowadzić prostą zasadę: jeśli jakiś postulat ma być wdrożony, zapiszmy w dokumentach, z imienia i nazwiska, kto go zgłosił. Nie po to, by karać, ale po to, by każdy, kto uważa, że wie lepiej od leśników, dwa razy się zastanowił, zanim złoży wniosek. Bo podpisując się pod nim, podpisuje się też pod jego skutkami – na zawsze.



